16.02.2013

Rozdział 3

Z perspektywy April

Cieszyłam się na to spotkanie. Może to zabrzmieć dziwnie, ale czuję, że ta dziewczyna jest inna niż wszystkie. Jest inna niż Eleanor czy choćby Stella. Myślę, że mimo iż znamy się nie cały dzień to przyjemnie będzie mi się z Nią rozmawiało. Widać gołym okiem, że nie pałała do Nas zbytnio optymistycznym nastawieniem, a to już świadczy o tym, że jest inna. Większość osób, chce się dostać do naszej paczki i często wykorzystuje do tego mnie. Po zachowaniu Margaret, śmiało mogę stwierdzić, że Ona do nich nie należy.
- O czym tak myślisz? - zagadnął Niall, gdy jechaliśmy Jego samochodem do domu.
- O Mag. - spojrzałam w Jego stronę i się lekko uśmiechnęłam. - Umówiłam się z Nią dzisiaj w Starbuksie.
- To dobrze. Wydaje się być bardzo zabawną i miłą dziewczyną. - mój brat odkąd pamiętam, zawsze się o mnie troszczył. Nie pozwalał byle komu się ze mną przyjaźnić, bo bał się, że ktoś może mnie skrzywdzić. I rzeczywiście, kiedy Horan'a nie było przez kilka dni, zaprzyjaźniłam się z nie jaką Lauren. Przynajmniej JA myślałam, że się zaprzyjaźniłyśmy. Na początku było świetnie. Spotykałyśmy się, odrabiałyśmy razem pracę domową... po prostu wszystko robiłyśmy razem. Aż do dnia, w którym nie zapoznałam Ją z resztą elity. Niall już wtedy wrócił i od początku nie popierał tej znajomości i nie trawił dziewczyny. Jak zwykle, okazało się, że mój kochany braciszek miał rację. Lauren, chciała się tylko dostać do Nas, a ja miałam Jej w tym pomóc. Kiedy Ją zapytałam, dlaczego to zrobiła, wyśmiała mnie i prosto w oczy, powiedziała, że gdybym nie miała Niall'a przy sobie to nigdy by nie było elity, a ja byłabym nikim. Dodała też, że przyjemnie było się "nosić" na korytarzu, ale nie ma ochoty mnie więcej oglądać i odeszła, zostawiając mnie. Mój brat, jak i zresztą moi przyjaciele, tak się na Nią wkurzyli, że zrobili Jej piekło w szkole, a kto jak kto, ale my umiemy to zrobić. Weźmy na przykład taką Elkę i Stellę - dwie nie rozłączne przyjaciółeczki. Od innych psiapsiółek różnią się jednak tym, że czy by były we dwie czy w pojedynkę - i tak Ci dołożą. Jak jest jedna - to jeszcze nic, ale jak są już razem to... żegnaj. Tym bardziej, że Zayn i Niall pomagali Im w tym. Mimo, że Horan ma spokojną naturę, wtedy zdenerwował się nie na żarty, ale nie mówmy o tym.
Dojechaliśmy pod nasz wieżowiec i Niall wjechał na podziemny parking. Gdy auto się zatrzymało, wybiegłam z niego i ruszyłam w stronę windy, wcześniej popędzając brata. Kiedy już łaskawie doszedł do wyznaczonego miejsca, wcisnęłam odpowiedni guzik i wjechaliśmy na 57 piętro. Nialler otworzył drzwi do mieszkania i weszliśmy do środka. Pobiegłam do swojego pokoju i rzuciłam szkolną torbę na łóżko, a sama zaczęłam się zastanawiać, co założyć. Postawiłam na czarne, obcisłe spodnie, fioletowy podkoszulek i czarną, marszczoną marynarkę, w której podwinęłam rękawy. Poszłam do łazienki i tam poprawiłam makijaż i fryzurę. Złapałam jeszcze czarną torbę na brązowym, dłuższym pasku, zdobioną ręcznie wyszytymi dwoma wzorami przedstawiającymi... właściwie nie wiem co to jest. wrzuciłam do niej portfel, telefon, słuchawki, gumy owocowe, dokumenty i parę innych, standardowych rzeczy. Wróciłam do przedpokoju, gdzie założyłam ciemno brązowe kozaki na niskim, grubszym obcasie. Tak, mamy początek marca i tak chodzę jeszcze w kozakach.
Tak na prawdę to nie wiem, czy mogę je tak nazwać. Są jednymi z moich ulubionych butów i często je noszę. Nawet na początek wiosny lub w jesieni.
- Ładnie wyglądasz. - usłyszałam za plecami. Odwróciłam się i ujrzałam Niall'a pijącego wodę.
- Dzięki. - uśmiechnęłam się i wyszłam z mieszkania.
Windą zjechałam w dół wieżowca i wyszłam z podziemia na powierzchnię. Do lokalu miałam zaledwie 20 minut drogi, a ponieważ była dopiero 16, nie spieszyłam się zbytnio.
Po dwadzieścia pięć minut po czwartej weszłam już przez szklane drzwi i zaczęłam rozglądać się za Meg. W końcu wypatrzyłam ją. Siedziała pod jednym z okien, zaledwie dwa miejsca od tego, gdzie zwykle siadam z przyjaciółmi. Podeszłam do Niej i uśmiechając się powiedziałam: "cześć". Na twarzy Margaret również zagościł uśmiech. Usiadłam na skórzanej, jasnej kanapie i upatrywałam się w towarzyszkę.
- Więc... Zayn mówił mi, że lubisz Linkin Park. - zaczęłam rozmowę. Może nie było to jakoś trafne pytanie, ale lepsze takie niż żadne.
- Tak, bardzo ich lubię. - uśmiechnęła się. - Mimo, że tak na ogół to bardziej słucham czegoś takiego jak pop, R&B to lubię też trochę rocka. Nawet nie wieim dlaczego, ale gdy mój kuzyn puścił mi jedną z ich piosenek to od razu mi się spodobała. Jest coś w tej muzyce. - zakończyła swój monolog, a ja byłam - szczerze - w szoku. Nigdy nie spotkałam osoby, która by tak mówiła o jakim kol wiek rodzaju muzyki czy wykonawcy. Czuje, że to spotkanie jest początkiem czegoś lepszego. Tak na prawdę, zawsze, gdy byłam w towarzystwie Eleanor i Stelli czułam się jak piąte koło u wozu. One interesują się tylko zakupami, butami, ciuchami od znanych projektantów i to chyba tyle. Ja od zawsze lubiłam sporty i inne takie... hmmm męskie rzeczy? Nie to, że byłam jakąś chłopczycą czy kimś takim, bo od czasu do czasu lubiłam wskoczyć w sukienkę i szpilki. Bardziej chodziło o to, że w ogóle nie miałam z Nimi wspólnych tematów. Podejrzewałam też, że bardziej biorą mnie ze sobą z przymusu niż z własnej dobroci. Myślę, że w Mag znalazłam wreszcie materiał na przyjaciela.
- Tak... ja mam podobnie. - przyznałam. - To jedyny zespół rockowy, którego słucham. - dokończyłam, ponieważ do  naszego stolika podeszła młoda kelnerka, jak zawsze z szerokim uśmiechem na twarzy.
- Coś podać? - zapytała.
Podałyśmy jej nasze zamówienia. Ja poprosiłam o Caramel Macchiato, a Margaret stwierdziła, że ma ochotę na Caramelowe Frappuccino, które jak się później dowiedziałam - jest Jej ulubionym. Po odczekaniu dziesięciu minut dostałyśmy zamówienie. Pijąc napoje dużo rozmawiałyśmy. Opowiedziała mi jak trudno Jej było zostawić przyjaciół i rodzinne miasto. Podziwiam Ją. Przyleciała tutaj aż z Ameryki i nie miała praktycznie nikogo. Wszystko zostawiła w Miami. Dużo się o sobie dowiedziałyśmy. Ja opowiedziałam Jej trochę o naszej szkole i w skrócie wyjaśniłam na ile, u którego nauczyciela może sobie pozwolić. Powiedziałam Jej też parę plotek, których dowiedziałam się od El i Stell. Gdy wkroczyłam na temat Naszych księżniczek, zauważyłam, że Mag zrzedła mina. Musiała sobie już wyrobić o Nich opinię. Szczerze? Nie dziwię Jej się. Gdybym teraz poznała te dwie dziewczyny też bym nie pałała do nich serdecznością, ale znam je i wiem, że nie raz potrafią być wyjątkowo chamskie i wredne - w szczególności do nowych osób, w których widziały zagrożenie. Tutaj było to dość oczywiste. Margaret była śliczną dziewczyną, więc bez problemu mogłaby mieć każdego chłopaka. Dodatkowo, według Nich, zajęłaby Ich miejsce w naszej paczce. To trochę niedorzeczne. Choć z drugiej strony bardziej wolę towarzystwo Margaret, niż Eleanor i Stelli. Po wypełnieniu organizmów płynami postanowiłyśmy już iść. Przed lokalem pożegnałyśmy się i poszłyśmy każda w swoją stronę. Ja udałam się w kierunku mojego wieżowca, a Maggie ruszyła do swojego domu, który znajdował się na Gold Street 28, czyli mniej więcej 40 minut dość szybkiego marszu od mojego domu.
     Jak zwykle wjechałam windą na odpowiednie piętro i już po chwili byłam u siebie. Pierwszą rzeczą jaką zrobiłam było pójście do toalety. Wiem, to tak wspaniały temat, że muszę się tym z Wami  podzielić.
- I jak było? - dobiegł mnie głos Niall'a, gdy już opuściłam ubikację. Stał oparty o jedną z karmelowych ścian w korytarzu, na których wisiały zdjęcia z różnych etapów naszego rozwoju. Na jednym dwa bobasy leżące w dwóch łóżeczkach, na drugim wesołe trzylatki chlapiące się w małym baseniku. Kolejne zdjęcie przedstawiało sześcioletnich Nas, budujących zamek w piaskownicy, a na jeszcze innym staliśmy przed naszą pierwszą szkołą. Nie zabrakło też fotografii całej, uśmiechniętej od ucha do ucha rodzinki. Na to pytanie moje kąciki ust powędrowały ku górze.
- Dobrze. Mag jest bardzo wesołą, zabawną i w ogóle super osobą. Myślę, że każdy na nas szybko się z nią zaprzyjaźni.
- To fajnie. Wiesz, chciałbym uniknąć sytuacji sprzed roku. - spojrzał na mnie wymownie. Miał na myśli sytuację z Lauren.
- Spokojnie. Nie będzie jak wtedy. - lekko się uśmiechnęłam i przytuliłam Horan'a do siebie. On jak miał w zwyczaju, wtulił głowę w moje ramię i  włosy. Jego sposób przytulania był tak słodki, a jednocześnie pocieszający i rozweselający, że każdy z Nas go uwielbiał. Odkleiliśmy się od siebie i poszliśmy do swoich pokoi. W końcu trzeba odrobić lekcje, nie?
Po skończeniu wszystkiego - a było tego dużo - z ulgą opadłam na łóżko. Rozejrzałam się po swoim pokoju. Na środku stało duże, miękkie łóżko z mnóstwem poduszek w jego górnej części. Nad nim, na ścianie przymocowano ciemno brązowe deski i namalowano na nich kwiaty. Ten akcent, wspaniale współgra z zielonymi ścianami, których kolor, zawsze mnie uspokaja. Obok mojego legowiska stała biała szafka nocna z dwoma szufladkami. Stały na niej między innymi budzik, dwie książki, które obecnie czytam oraz świeczka. Tak na prawdę to nie mam pojęcia po co mi tam ona. Pełni raczej formę dekoracyjną. Nad szafką wisi lustro, a nad nim mała lampka. Z lewej strony miejsca do spania znajduje się olbrzymie okno, które za dnia jest głównym źródłem światła. Mam na nim bambusowe rolety, a po obu jego stronach powieszone zostały jasno zielone zasłony. Przed oknem stoi wąski, szklany... stolik? Nie wiem jak mam to nazwać, na którym ułożony został przezroczysty wazon z jakimiś pachnącymi gałązkami oraz kolejne świeczki osadzone w nowoczesnych świecznikach o dziwacznym kształcie. Obok ustawiono szary fotel z jedną poduszką w małe, białe kwiatki. Na przeciwko łóżka znajdują drzwi, prowadzące na korytarz, a z ich prawej strony kolejne, prowadzące do mojej garderoby. Jeszcze kolejne służą jako wejście do łazienki. Na przeciwko okna znajduje się toaletka z wielkim lustrem, przy której zwykłam się malować. Obok stoi biurko do odrabiania lekcji i innych tego typu rzeczy z czarnym, wygodnym, obrotowym fotelem. Te dwie rzeczy odgradzał jedynie kosz na śmieci. Wszystko uzupełniała, mająca kształt walca, biała lampa powieszona nad łóżkiem. To mama Harry'ego projektowała ten pokój. Pani Ann jest architektem wnętrz. Muszę przyznać, że jestem Jej za to wdzięczna, ponieważ moje gniazdko bardzo mi się podoba.
Zmęczona zwlekłam się z łóżka i udałam się do łazienki, gdzie wzięłam ciepły prysznic, umyłam zęby i przebrałam się w piżamę. Wracając do pokoju zahaczyłam o przebieralnie, z której zabrałam wybrane na jutrzejszy dzień ciuchy. Spakowałam potrzebne rzeczy do szkolnej torby i ułożyłam się do snu. Jak przewidywałam, nie musiałam czekać długo żeby odpłynąć.
     Obudziłam się o 6:40. Super. Leniwie zwlokłam się z łóżka i pognałam do łazienki w celu odbycia porannej toalety. Następnie wróciłam do pokoju i zaczęłam ubierać się w przygotowane wczoraj ciuchy. W duchu dziękowałam sobie, że byłam na tyle mądra, że to zrobiłam. Mój dzisiejszy zestaw składał się z czarnych legginsów i białej, aksamitnej koszuli. Na ramiona założyłam złotawy sweterek z pomarańczowymi i różowymi akcentami. Na głowę założyłam czapkę smerfetkę w zimowy wzór. Dla ozdoby na palec wsunęłam pierścionek z wielkim, czarnym oczkiem. Końcem stroju były zwykłe, krótkie, czarne trampki. Złapałam torbę i wbiegłam do kuchni. Mój braciszek w najlepsze wcinał śniadanie.
- O, wreszcie wstałaś. - powiedział z pełną buzią.
- Wiesz, gdyby twoja inteligencja na to pozwalała, to byś wpadł na to, że trzeba mnie obudzić. - odpyskowałam i zaczęłam przygotowywać sobie śniadanie - płatki z mlekiem.
- A gdyby twoje IQ było wyższe niż buta to byś ustawiła sobie alarm. - odpowiedział blondyn, który ubrany był w niebieski podkoszulek i białe spodnie. Na nogach miał swoje ukochane vansy. Dzisiejszego dnia wybrał granatowe. Tsaa... Horanek ma pełno tego typu butów. Co do naszego przedrzeźniania to spokojnie. Często się tak do siebie odnosimy. To już u nas norma. Tak na prawdę to jedno za drugim poszło by w ogień.
- Ustawiłam, ale nie zadzwonił. - mówiłam zajadając posiłek. - A tak w ogóle to nie będzie ci zimno w samym t-shirtcie?
- Założę jeszcze ten szary sweter. - odrzekł i wstawił swoją miskę do zmywarki. Dokończyłam śniadanie i zrobiłam to samo co Niall. Potem poszłam do przedpokoju i założyłam swój płaszczyk. Horan na sweter narzucił jeszcze czarną, skórzaną kurtkę i byliśmy gotowi do wyjścia. Zamknęłam drzwi i ruszyliśmy w stroną metalowego pudła do przewożenia ludzi. Zjechaliśmy nim na sam dół, gdzie znajdował się podziemny parking. Wsiedliśmy do Horan'owskiego Citroen'a C5 w srebrnym kolorze i wyjechaliśmy na powierzchnię. Zegar w samochodzie wskazywał na siódmą czterdzieści osiem. Jest cień szansy, że się nie spóźnimy.
     Kiedy Niall zaparkował na swoim stałym miejscu, które było pomiędzy samochodami Harry'ego i Zayn'a, jak oparzona wybiegłam z niego i popędziłam do szkoły. Usłyszałam jeszcze charakterystyczny chichot mojego brata. No tak, On może się spóźnić, bo zawsze szybko wymyśli jakąś wymówkę. Kłamanie nie jest moją mocną stroną, więc nie miałam innego wyboru. Przelotem zostawiłam kurtkę w szatni i pobiegłam pod salę numer piętnaście, gdzie odbywała się fizyka, która była moją pierwszą, a za razem drugą godziną. Jakaś masakra... Kto normalny tworząc plan daje uczniowi dwie godziny pod rząd tego wstrętnego przedmiotu? Jedynym plusem było to, że miałam go z Margaret, Zayn'em i El. Przynajmniej towarzystwo jest okej.
Dobiegłam jak najszybciej umiałam i byłam równo z dzwonkiem. Uściskałam się z pozostałą trójką i weszliśmy do klasy. Usiadłam z Mag, ale to chyba było do przewidzenia. Zwykle siedziałąm razem z Eleanor, ale Ona bez problemu zgodziła się usiąść z Malikiem. 
Pani Eva - nauczcielka - była miłą osobą, lekko po trzydziestce. Posiadała średniej długości brązowe włosy, które często związywała w ciasny kok. Na nosie zawsze połyskiwały okulary w czarnej, cienkiej oprawie. Jej styl ubierania był prosty. Ma szczupłą sylwetkę, więc chodziła zarówno w spodniach jak i w spódniczkach. Najczęściej jednak zakładała brązowe spodnie, jakąś koszulę i marynarkę.
Te dwie lekcje jak się okazało nadzwyczj szybko minęły. Myślę, że to w większości zasługa tego, że przec cały czas rozmawiałam z Maggie. Czasem El i Zayn też coś dorzucili.
Następny miałam wf, na który chodziłam z Harry'm. Dzisiejszego dnia graliśmy w siatkówkę. Nie chwaląc się powiem, że jestem w niej całkiem dobra, a Hazza to już w ogóle mistrz. Jak na każdym wychowaniu fizycznym nie zabrakło "publiczności" złożonej z kilkunastu plastików, które jadna przez drugą wzdychały do Harry'ego lub Go zaczepiały. On, jak na faceta w ZWIĄZKU przystało, nic sobie z tego nie robił, ale gdy jedna z NICH podeszła i zaczęła z Nim flirtować i subtelnie pokazywać, że Jej się podoba, nie wytrzymał i powiedział, chyba, parę słów za dużo. Dziewczyna odeszła ze spuszczoną głową, na której jawił się tzw. burak. Wszystkie nastolatki jakie chodziły z nami na tą lekcję zawsze mi zazdrościły, że przyjaźnię się z Loczkiem. Był On - podobnie jak Malik, Liam, Louis i mój brat - jednym z najbardziej porządanych przez dziewczyny chłopaków w szkole. Ale nie ma się co dziwić. Młodzi, przystojni, wysportowani, a do tego - co dla niektórych laleczek jest najważniejsze - bogaci.
Później czekała mnie matematyka z Niall'em i Lou. Nie powiem, było zabawnie. Szczególnie wtedy, gdy nauczycielka zapytała się Tomlinsona o wynik równania, a On się Jej zapytał : ,, A pani mnie się pyta, bo sama nie wie? I pani jest nauczycielką? Nie odpowiem, ponieważ pozwolę pani na dalszą edukację." Skończyło się to wprawdzie uwagą, ale jak to Louis powiedział : ,,Było warto."
Wreszcie nadeszła pora lunchu. Wyszliśmy do naszego "mini parku". Oczywiście narzuciliśmy coś na siebie, bo mimo, że dni stawały się coraz cieplejsze, nadal czuć było nieprzyjemny wiatr. Doszliśmy pod "Nasze" drzewo, pod którym zgromadziła się już reszta elity. Brakowało mi tylko Zayn'a i Margaret.
- Cześć wszystkim. - przywitałam się siadając na zimnej, ale na szczęście nie mokrej, trawie.
Wszyscy odpowiedzieli coś w stylu: "siemka", "hello", "hej" i takie tam.
- Gdzie Malik i Maggie? - chyba nie tylko ja zauważyłam zniknięcie tej dwójki. Niall też to dostrzegł.
- Zayn miał chyba teraz chemię, więc zaraz powinien być, ale co cię obchodzi ta cała Margaret? - zapytała ironicznie Stella zwracając się do blondyna. - Nie przypominam sobie żebyśmy przyjmowali ją do nas.
- To żebyś się nie zdziwiła. - mruknął cicho Horan i chyba tylko ja to usłyszałam. Widziałam, że zachowanie Stel zdenerwowało Niallera. Nigdy nie lubił, gdy któraś z dziewczyn źle odnosiła się do jakiegoś ucznia lub śmiała się z kogoś. Tym bardziej - jak mi sam powiedział - polubił Mag i chciałby żeby z nami siadała. Po pięciu minutach patrzenia się w drzwi prowadzące do "parku" ujrzałam w nich dwie zbliżające się sylwetki. Po dłuższym przyjrzeniu się wywnioskowałam, że są to Zayn i Margaret. Dziewczyna wyglądała na na serio wkurzoną, natomiast Malik, dotrzymując Jej kroku, szedł wyluzowany z pełnym uśmiechem na twarzy. Zupełnie jakby nie wiedział o co chodzi brunetce. Gdy do nas doszli Mag usiadła obok mnie i się przywitała wysilając uśmiech. Pan wesoły usiadł tuż obok Niej.
- Coś się stało? - zapytał w końcy Louis. - Czemu ty taka smutna, a ty znowu taki radosny? - wskazał kolejno na Maggie, a później na Mulata.
- Chcecie wiedzieć co się stało?! - wybuchła brunetka. - Już wam mówię. Ten debil najpierw omal nie spalił mi włosów, bo uznał, że fajnie by było pobawić się palnikiem, a potem oblał mnie jakąś cuchnącą mazią! A najzabawniej było, kiedy wrzucił coś do mojej probówki, a ona wyleciała w powietrze! - mówiłą groźnie spoglądając na Zayn'a, którego zdawała się bawić ta sytuacja. - I dokończ Malik. Co zrobiłeś na końcu? - Mulat nie wytrzymał i turlał się ze śmiechu na trawie. Brunetka westchnęła. - Żeby ukoronować te wygłupy, Zayn dał panu Hunter'owi flakonik z jakimś płynem i powiedział, że to ode mnie. Jak się okazało była to substancją, na którą nauczyciel chemi był uczulony i gdy tylko ją powąchał, na całym ciele, stopniowo, zaczęły mu się pojawiać takie czerwone kropki. A wkurzył się nie na żarty i kogo ukarał? No? Mnie! - zakończyła Mag mierząc Mulata spojrzeniem, które mogłoby zabić. My natomiast, razem z winowajcą śmialiśmy się wniebogłosy. Rzeczywiście, Zayn lubił robić kawały i najczęściej towarzyszył mu w tym Lou. Margaret nie była za bardzo zadowolona z naszej reakcji, ale kto by był? Tomlinson z Malikiem przybili sobie piątki, a ja poklepałam Ją po ramieniu i wyszeptałam, że się przyzwyczai i że to nie ostatni raz, kiedy chłopak wycina coś takiego.
Rozmowy kleiły nam się świetnie. Jak zawsze dowiedzieliśmy się też kilka ciekawych plotek od Stelli i Eleanor. Jednak wszystko co dobre kiedyś się kończy i tak było właśnie twraz, gdy zabrzmiał dzwonek powiadamiając nas, że przerwa się skończyła. Z grymasem ruszyłam, wraz z Maggie, w stronę sali numer 40, gdzie odbywała się historia.Jedynym plusem było to, że pan Williams nie był wymagającym nauczycielem i na Jego lekcjach każdy robił co mu się podobało. Ja z Mag przez cały czas pisałyśmy karteczki i grałyśmy w statki, przez co wykład profesora, jak i całe 45 minut, szybko minęło. Teraz czekał mnie już tylko angielski z Liam'em i wreszcie domek.

____________________________________________________

Hejo!
Ostatnio mój brat nałogowo ogląda Teletubisie i to powitanie mnie prześladuje od kilku dni xD 
Mam nadzieję, że rozdział nie jest aż tak beznadziejny jak ja go oceniam i od razu przepraszam za wszelkiego rodzaju błędy xd Rozdział miał być już wczoraj, ale przyjechała do mnie kuzynka i pojechała koło 21, a wtedy nie chciało mi się już sprawdzać i wstawiać ;// Musicie mi to wybaczyć...
Chcę Was również poinformować, że następna notka może się pojawić (możliwie) za około 2 tyg. ponieważ cały następny będę w górach bez laptopa i nie będę miała możliwości pisania. Postaram się szybciej, ale niczego nie obiecuję ;l
A właśnie! Jeżeli chcecie zadawać jakieś pytania, zarówno bohaterom jak i mi, to śmiało możecie to robić w komentarzach :D Chętnie się w takie coś pobawię.
Lottie♥











10.02.2013

Rozdział 2


Z perspektywy Margaret


Obudziły mnie te cholerne promienie słońca, bezczelnie wdzierające się do mojego nowego pokoju. Tak w ogóle to kto śmiał je odsunąć? Wczorajszego wieczoru je przecież zasłoniłam. Wstałam i zanurzyłam stopy w ciepłe, miękkie kapcie z pandą. Poszłam, zresztą jak każdego ranka, do mojej - jak to pięknie brzmi - łazienki. Była ona wykonana z beżowych płytek. Na przeciwko drzwi znajdowała się ubikacja. Z prawej strony stała umywalka połączona z szafką. Jej bliźniaczka, stała obok nich, ale ta, służyła głównie do przechowywania kosmetyków i innych środków kosmetycznych. Nad umywalką wisiało dość sporych rozmiarów, kwadratowe lustro, a w obu jego górnych rogach, przymocowane były złote lampki. Z prawej strony można było dostrzec dużą wannę, wstawioną w drewnianą obudowę, nad którą również wisiały cztery lampki dodawające klimatu. Obok, bliżej drzwi, znajdował się prysznic. Na środku ciemno brązowej podłogi, również wykonanej z kafli, leżał biały, puchowy dywan. Bez większego zastanowienia, weszłam do kabiny i odkręciłam korkiem, oznaczonym niebieskim kółeczkiem, wodę. Zimno, które poczułam na ciele, całkowicie mnie rozbudziło. Umyłam, a następnie opłukałam ciało, uważając żeby nie zamoczyć włosów. Nie miałam czasu na suszenie ich, a nie były w jakimś najgorszym stanie. Wyszłam spod prysznica owinięta niebieskim ręcznikiem. Umyłam zęby i skierowałam się z powrotem do pokoju. Tam założyłam jakąś bieliznę i stanęłam przed szafą z ubraniami, do której zdążyłam już powkładać ubrania. W końcu, zdecydowałam się na czarne, obcisłe spodnie, luźną, pomarańczową bluzkę z rękawem tzw. ćmy, do łokci, z małą kieszonką na lewej piersi, w białe, malutkie kropki. Dodatkiem był długi wisiorek z krzyżem i kilka kolorowych bransoletek z muliny. Na stopy wsunęłam czerwone, krótkie conversy.
Spakowałam książki z dzisiejszego dnia do niedużej torby i zeszłam na dół. Rodziców już nie było, ale mama zostawiła mi śniadanie, składające się, z jeszcze ciepłych, naleśników polanych syropem malinowym oraz spakowany lunch w postaci zwykłych kanapek. Szybko zjadłam swoją porcję i włożyłam pusty talerz do zmywarki. Zegarek wskazywał godzinę siódmą dwadzieścia, więc postanowiłam się już zbierać. Co prawda do szkoły miałam może jakieś piętnaście minut, ale jeszcze te wszystkie sprawy organizacyjne typu : znalezienie szatni, odpowiedniej szafki na książki i inne duperele oraz wizyta u pani dyrektor. Biorąc wodę z lodówki zobaczyłam przyczepioną do niej magnesem karteczkę.

"Dzień dobry córciu. Mam nadzieję, że śniadanko smakowało :)
Powodzenia w pierwszym dniu szkoły! Trzymam kciuki!
Bądź grzeczna, proszę...
Kocham. Mama."

Uśmiechnęłam się mimowolnie i skierowałam w stronę przedpokoju. Ponieważ był marzec ubrałam brązową, skórzaną kurtkę i czarną czapkę - smerfetkę. Ja i moi przyjaciele nazywamy ją kondomem. Tak wiem, jestem taka zabawna, ha, ha. Ale tak na serio. Nie przypomina Wam to tego? Może tylko my jesteśmy tak zboczeni...
Tak jak przypuszczałam do szkoły doszłam w około piętnaście minut. Dobra w osiemnaście, już nie bądźcie tak drobiazgowi, nie chciało mi się po prostu iść. Budynek wykonany był z brązowej cegły. Nad głównym, wielkim wejściem widniał duży napis "Greenshaw High School". Całą szkołę zdobiły nie zliczone okna. Musiało tu być baaardzo dużo sal. Już sama wielkość mojej nowej uczelni mnie trochę przeraziła. No bo pomyślcie. Tu się można zgubić! Ale przynajmniej przez jakiś czas będę miała wytłumaczenie, dlaczego się spóźniłam na lekcje. Kiedy spojrzałam na plan przedstawiający tą szkołę z lotu ptaka, okazało się, że ma ona kształt tak jakby nie domkniętego prostokąta. Wiecie, nie ma tego drugiego, dłuższego boku. Otóż, za budynkiem, znajduje się taki jakby mini park. Są tam stoliki, gdzie uczniowie mogą podczas dłuższych przerw zjeść lunch, drzewa, które w upalne dni mogą okazać się zbawcami, chroniącymi przed tym żarem. Tyle, że nie było żadnych ścieżek, tylko trawa. Zadziwił mnie więc fakt, że jest ona tak zadbana i ładna. Nieco dalej od tego, można by rzec, raju, znajdują się różnorodne boiska do gry
m. in. kosza, siatkówki, rugby czy tenisa ziemnego.
Po bliższym zapoznaniu się z tym planem, w końcu odnalazłam szatnię. Oddałam pani, która tam stała, moją kurtkę, wzięłam numerek i ruszyłam na poszukiwanie sekretariatu. Kiedy w końcu udało mi się przedrzeć przez tych wszystkich ludzi - co niektórzy okazali się być nawet całkiem pomocni w moich poszukiwaniach - stałam przed gabinetem Pani White - dyrektorki.
Zapukałam.
- Proszę. - usłyszałam stłumiony przez drzwi, kobiecy głos. Nacisnęłam klamkę i weszłam do średniej wielkości pokoju. Po każdą ścianą stały, sięgające prawie pod sufit regały z kartami wszystkich uczniów. Po środku pomieszczenia stało duże, mahoniowe biurko, a przed nim dwa, kremowe fotele. Za tym kawałkiem drewna znajdowało się duże okno, a na jego parapecie ustawione były dwa kwiatki. Na jasnej, drewnianej podłodze leżał czerwono - żółty dywan, dodający uroku.
Bliska czterdziestce kobieta siedziała za biurkiem na czarnym, obrotowym krzesełku
i podpisywała jakieś papiery, jednak gdy weszłam przeniosła na mnie wzrok i miło się uśmiechnęła.
- Witam. Ty musisz być Margaret. Usiądź. - ręką wskazała jeden z foteli.
- Dzień dobry. Tak, to ja. - odpowiedziałam kulturalnie i usiadłam na wyznaczonym miejscu.
- No więć, Margaret, witam w naszej szkole. Mam nadzieję, że szybko się przyzwyczaisz i przekonasz do niej. Tu masz plan lekcji i taką mini mapkę szkoły. Pomoże ci, przez te najbliższe tygodnie, w poruszaniu się. - mówiąc to podała mi wymienione przedmioty. Nie wiem tylko po co mi kolejny plan. Wcześniej wydrukowałam sobie jeden w domu. Hellooo! Istnieje coś takiego jak Internet. - A, prawie bym zapomniała. Twój klucz do szafki.
Wzięłam srebrny przedmiot, podziękowałam i ruszyłam w stronę. Wychodząc usłyszałm jeszcze głos pani dyrektor, więc się odwróciłam.
- Mówiła coś pani? - zapytałam.
- Tylko to, że gdybyś czegoś potrzebowała, to śmiało przyjdź do mnie. Pomogę ci. - i znowu się uśmiechnęła.
- Dobrze. Do widzenia. - odpowiedziałam grzecznie i wyszłam z gabinetu. Spojrzałam na swój plan. Pierwsza była biologia. Szybko znalazłam swoją szafkę - korzystając oczywiście z tej małej, ale jakże przydatnej mapki - i wrzuciłam do niej nie potrzebne książki.
Kierując się zgodnie z tym co było napisane na tym kawałku papieru, bez większych problemów stanęłam przed salą numer 28, parę minut przed dzwonkiem. Zaczęłam przyglądać się uczniom.
- Cześć, jesteś nowa? - podskoczyłam i z gniewem obróciłam się do miejsca skąd pochodził głos. Ujrzałam chłopaka o włosach koloru ciemnego blondu. Właściwie to były prawie brązowe, ale PRAWIE robi wielką różnicę.
- Po pierwsze tak, a po drugie czy ty chcesz mnie już w pierwszy dzień zabić?! - wydarłam się na niego. Kątem oka zauważyłam, że niektóre osoby wyszeszczyły na mnie oczy i jakby czekały na dalszy ciąg wydarzeń. Może jest tu popularny i nikt jeszcze tak się do niego nie zwrócił, bo nie miał odwagi? Cóż, w takim razie to się zmieni.
- Przepraszam, nie chciałem cie przestraszyć. Jestem Liam Payne. - wyciągnął rękę. Chwilę lustrowałam go wzrokiem, ale w końcu ściskając mu rękę powiedziałam:
- Margaret Shane. Ale mów mi Mag lub Maggie. - nawet zmusiłam się na uśmiech. Postęp!
- Miło mi. To co, wygląda na to, że będziemy chodzić razem na biologię.
- Tsa... Spostrzegawczy jesteś. - odburknęłam. Nie wiem dlaczego, ale coś mi podpowiadało, że z tej znajomości nic dobrego nie wyniknie. Mimo, że Liam wyglądał na miłego i słodkiego chłopczyka to coś mi mówiło, że to nie jest najlepsza dla mnie osoba. Do poznania czy zaprzyjaźnienia się, rzecz jasna.
- Wchodzisz? - zapytał Li.
- Co? - dopiero teraz zauważyłam, że jest po dzwonku i inni wchodzą do klasy. - A tak, jasne.
- Jak chcesz możesz siedzieć ze mną. Będziesz przynajmniej kogoś znała. - mrugnął do mnie.
- Jeżeli cie to uszczęśliwi.
Usiedliśmy w jednej z, jak policzyłam, dwunastu ławek. Te, różniły się od innych. Były śliskie i białe z różnymi otworkami. Ale to w końcu biologia, nie? Krojenie żab itp. Pan Stave Marshal, nauczyciel tego przedmiotu, oczywiście musiał mnie przed całą klasą przedstawić i zadać parę pytań. Później przeszedł do tematu lekcji. Rozejrzałam się po sali. Ściany były lekko żółtawe, ale i tak przysłaniały je plakaty i tablice przedstawiające coś związanego z biologią. Z tyłu, za wszystkimi ławkami, znajdowały się szafy z szufladami i mniejszymi szafkami. Z przodu, były oczywiście dwie tablice, a nad nimi czerwony zegar. Z lewej strony klasy ustawione było biurko profesora.
- To, skąd jesteś? - szepnął do mnie Li. Widocznie Jego również nie interesował wykład pana Marshal'a
- Z Miami. - odszepnęłam krótko.
- Wow... I chciało ci się tu przyjeżdżać? - zapytał z niedowierzanie.
- Tak kurwa, wprost o tym marzyłam, wiesz. - powiedziałam z sarkazmem. - Oczywiście, że nie chciałam, ale rodzice tak postanowili i było "koniec, kropka". Mają tu po prostu pracę, znaczy interesy, które, według mnie, mogliby załatwiać na Florydzie. - mruknęłam.
- A kim są twoi rodzice? - Boże, jaki On namolny!
- A ty co? Agent specjalny wysłany przez FBI?!
- Można tak powiedzieć. - uśmiechnął się. - Więc?
- Ehhh... Tata jest biznesmenem, ma sieć hoteli itp. a mama jest fotografką, projektantką mody i byłą modelką. A twoi? - spytałam. Chyba skoro On wie coś o mnie, to ja też mam prawo czegoś się o Nim dowiedzieć.
- Tata, tak jak twój jest biznesmenem. Ponad to ma swój program w Telewizji, a mama jest prezenterką i dziennikarką. - powiedział.
- Aha. - zakończyłam temat. Przynajmniej tak mi się zdawało, bo pięć minut później Payne znów mnie o coś wypytywał. Na prawdę zaczynałam podejrzewać czy On serio nie jest jakimś tajniakiem. Tym razem pytał o przyjaciół, jak jest w Miami, moje zainteresowania itp. Podczas tej konferencji, czułam na sobie wzrok prawie wszystkich uczniów. Co? Dziewczyny nie widzieli?
- Czemu wszyscy się tak na nas gapią? - zapytałam Liam'a. Ten odwrócił się w stronę klasy, a inni natychmiast zaczęli coś robić w swoich zeszytach lub szperać w piórnikach. Li zaśmiał się pod nosem.
- Można by rzec, że jestem tak jakby... - zaczął.
- Popularny, tak? I pewnie należysz do jakieś elity szkolnej. - wyręczyłam Go. W sumie, to nawet mi się zrobiło trochę przykro, bo po bliższym poznaniu chłopaka, stwierdziłam, że jest on całkiem spoko, ale jeżeli należy do jakieś zasranej elity, to jest pewnie rozpuszczonym dzieciakiem. Liam chyba zauważył moje rozczarowanie, bo szybko dodał:
- Tak, rzeczywiście istnieje u nas takie coś jak elita i tak jestem w niej, ale one nie jest taka jak w innych szkołach, że są w niej puste lale i napakowani kolesie. Takie osoby są w innej grupie. - uśmiechnął się. - My jesteśmy fajni, zobaczysz. Może podczas lunch'u cię zapoznam z moimi przyjaciółmi, co?
- Chyba jednak podziękuję. - powiedziałam i wstałam z miejsca, wrzucając książki do torby, ponieważ zabrzmiał dzwonek symbolizujący nadejście przerwy. Szybko wyszłam z klasy, nie chcąc, żeby Liam szedł za mną.
Ponownie utkwiłam wzrok w kartce papieru, która przedstawiała mój plan. Następną lekcją okazała się fizyka. Normalnie zajebiście... Muszę szukać saliii.... 15.
Podeszłam do szkolnej szafki, włożyłam książki od biologii, a wzięłam te od fizyki. Nie lubiłam zbytnio tego przedmiotu. Nudził mnie, a poza tym gówno z niego rozumiałam. Wyciągając zeszyty, zobaczyłam Liam'a. Podszedł do innej szafki oddalonej od mojej, co najwyżej, o pięć innych. Ale tym razem nie był sam. Była z nim niewysoka blondynka, Mulat oraz chłopak z loczkami na głowie. Loczkami... ja bym tam powiedziała, że ukrywa tam jakąś małpę, ale miałam być grzeczna. Na szczęście mnie nie zauważyli. Zamknęłam drzwiczki najciszej jak umiałam i podążyłam szukać sali numer piętnaście. Musiałam schodzić lub wchodzić tyloma schodami, że mi na całe życie wystarczy. Dochodząc do klasy zobaczyłam coś niepokojącego. Pod jedną ze ścian siedział ten chłopak z mał... z loczkami, niech Wam będzie, a obok niego brunet w bluzce w paski. Po chwili dosiadła się do nich wysoka brązowowłosa dziewczyna i pocałowała pana paska w policzek. Czyżby kolejni członkowie tej sławnej elity? Może mi jeszcze powiecie, że każdą lekcje będę miała z jakimś jej członkiem, co?! Westchnęłam cicho pod nosem i podeszłam pod drzwi. Jednak kiedy przechodziłam obok świętej trójki poczułam Ich spojrzenia na sobie, a następnie kątem oka zobaczyłam, że brunetka szepcze coś na ucho swojemu, chyba, chłopakowi, a On przekazuje to dalej, czyli do swojego kolegi. Następnie, znowu utkwili we mnie wzrok. Nie zaprzeczę, trochę mi to przeszkadzało, ba! Nawet bardzo. Miałam wielką ochotę podejść do nich i się zapytać czy jestem aż tak interesująca, ale się powstrzymałam.
Po dzwonku weszliśmy do klasy. Usiadłam w jednej z wolnych ławek, modląc się w duchu, żeby nikt się do mnie nie przysiadł. Niestety, jak to zawsze bywa z moim szczęściem, po niecałej minucie usłyszałam czyiś głos.
- Hej, mogę się dosiąść. - spojrzałam w górę i moim oczom ukazał się owy Loczek. Uśmiechał się w tak zabójczy sposób, że najchętniej to bym go... może nie będę kończyć. Rozejrzałam się po sali. Było kilka wolnych ławek, więc dlaczego wybrał akurat tę? Tym bardziej, że jest z tej posranej elity, a Oni chyba boją się, że zarażą się czymś od "pospólstwa".
- Jeżeli musisz. - powiedziałam niechętnie, odwracając głowę. Chłopak usiadł obok mnie i wyciągnął potrzebne podręczniki i przybory. Oczywiście po pięciu minutach znów stałam na środku klasy, przedstawiając się klasie i pani Evie Rain, która miała za zadanie wpoić nam wiedzę z fizyki. Powodzenia, proszę pani.
Po wróceniu na miejsce, znowu czułam na sobie wzrok tej małpy, ale spokojnie, zachowałam spokój... do czasu.
- Czy mógłbyś z łaski swojej przestać się na mnie gapić?! - szepnęłam zdenerwowana, odwracając się do Niego.
- A tak, sorry. Harry, tak w ogóle. Harry Styles. - znowu to zrobił. Znowu się uśmiechnął.
- Margaret Shane.
- Too... nowa, tak? - szepnął, gdy pani Rain odwróciła się i zaczęła coś pisać na tablicy.
- Nie, wyprana w Pervol'u.
- A można wiedzieć skąd? - dopytywał, jakby nie zważając na moje chamskie odzywki.
- Twój kolega, Liam już mi robił przesłuchanie z takich rzeczy. Myślałam, że już Wam wszystko zdradził. Może chcecie jeszcze moje namiary, co?! - powiedziałam chyba trochę za głośno, bo kilku uczniów, w tym nasi zakochańcy, spojrzało się na nas.
- Czyli, że mniej więcej, wiesz kim jesteśmy? Prawda, Li opowiadał nam o tobie, ale mówił tylko, że jesteś tu nowa i że będziecie razem chodzić na biologię, nic więcej. - wiedziałam, że kłamie. Rozszyfrowałam Go, a może Ich? Tylko czego Oni ode mnie chcą? Czemu za każdym razem, ktoś z Nich się do mnie przysiada? Co do tego, że kłamał to usłyszałam to po Jego głosie. Był jakby trochę spięty, a do tego nie patrzył na mnie, tylko w swój zeszyt i coś w nim notował.
- Wiem tylko tyle, że tworzycie jakąś popiedoloną elitę, którą wszyscy podziwiają, a jednocześnie się jej, można by rzec, boją. A teraz bardzo cię proszę, zamknij się, bo i tak wiem, że Payne wam wszystko wypaplał i daj mi się skupić na lekcji. Z góry dziękuję. - posłałam mu ironiczny uśmieszek i zabrałam się za przepisywanie notatki z tablicy. Harry, chyba wziął sobie do serca moją uwagę, bo do końca lekcji siedział cicho. Odezwał się tylko na chwilę, gdy cyrkiel wypadł mu z rąk i o mały włos nie wbił mi się w rękę. Wyszeptał tylko ciche "przepraszam" i nic więcej. Super, jeden chce żebym zaszła na zawał, a teraz drugi, chce mnie okaleczyć. Już się boję, co będzie na chemii albo Wf-ie, jak się okaże, że mam z którymś z Nich.
Po dzwonku wyszłam i znowu skierowałam się do mojego metalowego schowka. Brałam właśnie książki do matematyki, gdy ktoś dotknął mojego ramienia. Podskoczyłam i wszystkie książki upadły mi na podłogę. Przeklinając w duchu tego kogoś odwróciłam się i ujrzałam Liam'a.
- I znowu cię przestraszyłem. Sorka. I jak tam druga lekcja? Słyszałem, że siedziałaś z Harry'm. - podał mi podręczniki.
- Tak. I o mało co nie skończyło się to wypadkiem. - burknęłam wkładając książki do torby.
- Serio? Co się stało? - zapytał lekko zdziwiony, ale też rozbawiony chłopak.
- O mal nie wbił mi cyrkla w rękę! - krzyknęłam odwracając się. - A teraz żegnam.
- Czekaj! Co teraz masz?
- Matematykę. - odpowiedziałam niechętnie.
- O, to może spotkasz Niall'a. - uśmiechnął się. - Wypatruj blondyna z niebieskimi oczami. - mrugnął i poszedł w swoją stronę. Pfff... akurat. Ja mam kogoś szukać. Ale bądź co bądź miałam rację. Nie będzie chyba dnia, kiedy nie będę musiała oglądać kogoś z elity podczas czterdziesto pięcio minutowej męczarni. Najbardziej męczącą myślą jest to, że zapewne znowu padną pytania : Jak masz na imię, skąd jesteś, kim są twoi rodzice itp.
Rzeczywiście po dojściu do wyznaczonej sali numer 37 - tak wiem, mam pogmatwany plan w chuj - od razu zobaczyłam niebieskookiego blondyna. Tak na pierwszy rzut oka to nawet słodko wyglądał z tym aparatem na zębach. Niespodziewanie, podszedł do mnie. Ludzie! Co ja Wam zrobiłam?!
- Hejka. Jestem Niall. - wyciągnął rękę. Jej, na razie jako jedyny nie podał nazwiska. Plus dla Ciebie, ziom.
- Margaret, ale proszę mów do mnie Mag lub Maggie. - uścisnęłam wyciągniętą rękę. Niall wydawał się być inny niż tamci. On nie pytał o rodziców czy dlaczego tu jetem. Pytał o moje zainteresowania, co lubię robić, jakiego rodzaju muzyki słucham. No dobra. Zapytał się skąd jestem, ale to przecież nic złego, nie? Ja tam dowiedziałam się, że jest z Irlandii i ma jeszcze siostrę w tym samym wieku co On. Bliźniaaaki! Tylko dwujajowe. Ale tak jakby na to spojrzeć trochę z innej perspektywy, to może Oni się tak umówili. Wiecie, ja pytam o to, a ty o to. Tak żeby nie wzbudzać podejrzeń. Jednak długo się nad tą hipotezą nie zastanawiałam, bo Niall zaczął coś opowiadać, a było to tak śmieszne, że prawie się turlałam po podłodze. Dowiedziałam się też, że gra na gitarze i nie raz coś tam napisze. Horan - tak ma na nazwisko. Ha! udało mi się tego dowiedzieć. - jest bardzo radosną i wiecznie roześmianą osobą. Przez całą przerwę, uśmiech nie schodził mu z twarzy. Aż mi było trochę szkoda, że należy do tej elity, ale On ani słowem się o niej nie odezwał. Postanowiliśmy usiąść razem. Mam nadzieję, że chociaż On nie będzie próbował mnie zabić...
Matematyka, o dziwo, szybko przeleciała. Pani Caroline Evans, okazała się miłą i przyjazną osobą po trzydziestce. Coś czuję, że lekcje z Nią będą fajne. Mimo, że prawie całą lekcję przegadałam z Niallerem, dużo zapamiętałam.
Wychodząc z klasy, pożegnałam się z chłopakiem i ruszyłam na historię. Ponieważ była ona w sali oddalonej od matematycznej o trzy inne, zeszyty na ten przedmiot wzięłam wcześniej, żeby nie przeciskać się znów przez ciasny korytarz. Ha! Mądra ja. Usiadłam pod jedną ze ścian i włożyłam jedną słuchawkę do ucha. Patrząc w mojego czarno - fioletowego iPhone'a, przeglądałam listę piosenek. W końcu postawiłam na Linkin Park - "Castle Of Glass". Kocham tą piosenkę. Ogólnie kocham cały zespół, ale ta szczególnie mi się podoba. Przeniosłam wzrok z telefonu na korytarz, co okazało się być złym pomysłem, ponieważ zobaczyłam jak przez tłum, dumnie kroczy, znany mi już Mulat, którego widziałam z Payn'em. Widziałam jak te wszystkie dziewczyny, typu plastik - fantastik wzdychają na Jego widok. Szczerze to mnie to trochę śmieszyło. Fakt, jest przystojny, no ale bez przesady. Spuściłam głowę i utkwiłam wzrok w czarnym ekranie iPhone'a. Niestety, nie wiele to dało, bo już po niecałych pięciu minutach ktoś usiadł obok mnie. Najpierw postanowiłam to zignorować, ale czując Jego spojrzenie, nie wytrzymałam. Obróciłam głowę w prawą stronę, gdzie siedział intruz.
- Mogę w czymś pomóc? - zapytałam niewinnie. Nie odpowiedział. Nadal przeszywał mnie na wylot tymi swoimi ciemnymi oczami. Swoją drogą, to bardzo ładne miał te paczadła.
- Zayn. - powiedział po tej chwili ciszy. - Zayn Malik, ty? - Oh... A już myślałam, że ty też nie będziesz się chwalić nazwiskiem, ale chyba Cię przeceniałam.
- Margaret. Margaret Shane, ale mów mi Mag lub Maggie. - zmusiłam się do sztucznego uśmiechu.
- Spoko. No więc, Mag. Czego słuchasz? - zapytał i przeniósł wzrok na mój telefon. Już miałam odpowiedzieć, że to nie Jego zasrana sprawa, ale zdecydowałam się na mniej obraźliwy komentarz.
- Muzyki. - odpowiedziałam i zaczęłam wpatrywać się w przeciwległą ścianę. Zobaczyłam też, że te wszystkie dziunie, patrzą się na nas... mnie i coś szepczą. Patrzą ze... złością, z zazdrością? Spokojnie, moje panie. Nie zabiorę Go Wam, obiecuję.
- Oh, na prawdę? Co ty nie powiesz? - zapytał ironicznie. Oj, proszę pana. Ze mną się nie zaczyna takich gierek. - A może by tak konkretniej. Kogo to piosenka?
- Zespołu.
- Jakiego?
- Rock'owego.
- Nazwa?
- Taka, jaką sobie wybrali.
- Tytuł piosenki. - popatrzył na mnie z prośbą o okazanie litości.
- Taki, jaki Oni nadali.
- Boże, dziewczyno jesteś nie możliwa! - krzyknął i wyrwał mi moją własność z ręki.
- Ej! Oddawaj! - próbowałam zabrać mu telefon, ale On jedną ręką powstrzymywał mnie,  a drugą odblokował ekran.
- O, widzę, że fanka Linkin Park'u. - uśmiechnął się do mnie... Matko, czy Oni wszyscy mają tak zajebiste uśmiechy?!
- A nawet jak tak, to co? - odparłam zaprzestając prób zdobycia iPhone'a.
- Moja przyjaciółka, też ich bardzo lubi. Powinnyście się dogadać. - powiedział i oddał mi mój środek komunikacji.
- Może. - wstałam i weszłam do klasy, którą otworzył niski mężczyzna w dość podeszłym wieku.
Usiadłam w jednej z ławek od strony okana. Zaraz po tym przysiadł się do mnie Zayn. Jakaś typiara się stawiała i krzyczała do Niego, że to zawsze z Nią siedział na historii, ale On sie tym nie przejął i tylko machnął na Nią ręką. Ciekawego wrażenia to tym na mnie nie zrobił. Ale tacy są rozpieszczeni chłopcy. Myślą, że jak mają kasę, ciuchy i inne bajery, to kobiety mogą traktować przedmiotowo. Oj nie, nie, nie. Już ja Ci to wybiję z głowy, Malik.
Lekcja tak jak przypuszczałam - była baaardzo, ale to baaaardzo nudna. Pan Richard mruczał coś pod nosem i zapisywał jakieś daty na tablicy, a cała klasa zajmowała się czymś zupełnie innym niż Woja Napoleońska. Większa część gadała, inni coś rysowali w zeszycie, jedni jedli, a niektórzy nawet spali.
Wtem zobaczyłam, że Zayn podsuwa w moją stronę karteczkę. Co On myśli, że teraz będziemy sobie liściki pisać?! Gdyby nie to, że mi się straszliwie nudziło, to nigdy bym nie zaczęła uczestniczyć w tej rozmowie. Nigdy. Otworzyłam złożoną na pół kartkę i przeczytałam.

"Hej, mała.
Widzę, że się nudzisz ;)"

Szybko wzięłam długopis i odpisałam:

"Mała to jest twoja pała :p
I co ty nie powiesz? Jeszcze nigdy nie byłam tak pochłonięta lekcją xdd"

Nie musiałam długo czekać na odpowiedź.

"Staare... ;] A tak wgl to chcesz się
przekonać, że nie masz racji? ;*"

No to mnie rozwaliło...

"Stare, ale jare ;P
I wiesz, nie... Podziękuję ;)"

Usłyszałam cichy śmiech chłopaka i również mimowolnie się uśmiechnęłam.

"Cóż, Twoja strata...
Za 10 minut dzwonek.
Co robimy?"

Już? Jak ten czas leci.

"Po pierwsze: No wiesz, co!
Tak napisać bez żadnej emotikonki?
Jesteś straszny... ;dd
Po drugie: Może kółko i krzyżyk? ;)"

I znowu ten Jego chichot. Czemu On jest tak zaraźliwy. Ponownie moje kąciki ust uniosły się ku górze.

"Oj no przepraszam :(
Nie chciałem <3
A i może być. ;D"

Wyrwałam z zeszytu większą kartkę i zaczęliśmy grać. Raz wygrywał On, a raz ja. I w ten oto magiczny sposób, minęło owe 10 minut.
- Oszukiwałeś! - krzyknęłam gdy już szliśmy korytarzem w stronę szafek. Okazało się, że Zayn ma szafkę z prawej strony mojej.
- Kotku, w tej grze się nie da oszukiwać. - wytknął mi język. - Jestem po prostu lepszy.
- Chyba w oszukiwaniu. - mruknęłam, ale Zayn to usłyszał i zaczął się głośno śmiać.
Dotarliśmy do metalowych pudeł, które oblepione były różnymi naklejkami lub pomalowane. Przy swoich, stał już cały składzik elity, ale była jeszcze jedna dziewczyna, której jeszcze nie widziałam i o dziwo wyglądała całkiem normalnie. Po jej blond włosach i niebieskich oczach postawiłam, że jest to siostra Niall'a. Zatrzymałam się przy swojej szafce, a Malik poszedł przywitać się z wszystkimi. Jednak po chwili wrócił i zaczął szperać coś w swojej szafce, którą po nie długim czasie zamknął.
- Chodź z nami. - odezwał się.
- Co? - zapytałam nie kontaktując.
- Jest przerwa na lunch. Chodź poznasz resztę. - uśmiechnął się.
- Myślę, że to nie jest najlepszy pomysł. - powiedziałam z wahaniem.
- Niby dlaczego? Nie jesteśmy tacy źli, a poza tym, nie znasz tylko dwójki osób, bo z innymi poznałaś się na lekcjach.
- Oprócz tych dwóch blondynek został jeszcze pan pasek i ta brunetka. Z nimi nie rozmawiałam.
- Aaa... Louis i Eleanor. Nie ważne, chodź. - pociągnął mnie za rękę i nim się obejrzałam szliśmy już po miękkiej trawie, wspomnianego wcześniej, dziedzińca. Szliśmy pod duże drzewo, pod którym siedziała już elita. Zayn cały czas trzymał mnie za rękę, co mogło wyglądać trochę dziwnie, ale w tym momencie nie przejmowałam się tym. Doszliśmy pod wielki dąb i usiedliśmy. Znaczy usiadł Mulat, a mnie pociągnął w dół tak przy okazji.
- Tak jest Margaret. Margaret Shane - powiedział głównie zwracając się do osób, które mnie nie znały. - Ale mówcie do niej Mag lub Maggie. - dodał widząc, że otwieram usta żeby coś powiedzieć.
- Louis Tomlinson - odezwał się pierwszy chłopach w bluzce w paski i wyciągnął swoją dłoń w moją stronę. Uścisnęłam ją i odwzajemniłam uśmiech, który zagościł na twarzy chłopaka.
- Elenaor Calder. Dziewczyna Lou. - powiedziała szybko brunetka, ale nie wyciągnęła ręki co mnie w ogóle nie zdziwiło. Wyglądała na tanią laleczkę, która myśli tylko o forsie, butach i ubrankach od najlepszych projektantów. Fakt, ja też mam wiele firmowych ciuchów, ale to dlatego, że mama mi ciągle jakieś przywozi.
- Stella Jonson. Związana z obecnym tu Harry'm Stylesem. - powiedział z wyższością i pocałowała owego Harry'ego w usta. Teraz to chłopakowi współczuję. Mieć taki wrzód na tyłku... Coś mi nie pasuje w tej Jonson.
- April Horan. Siostra Niall'a. - powiedziała druga z blondynek, przyjaźnie wystawiając rękę. Uścisnęłam ją.
- Wiem. Nialler dużo o tobie mówił. - uśmiechnęłam się.
I tak cała przerwa zleciała głównie na pytaniach skąd jestem, kim są moi rodzice, dlaczego przenieśliśmy się do Londynu itp. Czyli normalka.
- Co teraz masz? - zapytała mnie April, gdy szliśmy do budynku. A tak suma sumarum. April - ciekawe i fajne imię.
- Emmm... chyba Wf. - powiedziałam nie pewnie.
- Ooo... To tak jak ja i Zayn. - uśmiechnęła się blondynka i razem z Mulatem ruszyliśmy w stronę hali sportowej.

***

- Może się dzisiaj spotkamy? - zapytała Horanówna, gdy po skończonych już lekcjach, stałyśmy przed wejściem do szkoły.
- Jasne, chętnie - uśmiechnęłam się. Coś czuję, że z April złapiemy dobry kontakt.
- 16:30, Starbuks?
- Spoko, ale wiesz, daj mi swój numer. - zapisałam rząd cyferek, jakie podyktowała mi blondynka, a następnie ja podałam jej swoje. Później każda poszła w inną stronę. Ona wraz z bratem, Harry'm i Stellę, pojechali samochodem - zadziwiający fakt, że wszyscy chłopcy z elity mają już prawko - do swoich apartamentów. Harry, jako dżentelmen podwiózł swoją dziewczynę. A reszta też gdzieś się rozproszyła.
Zaczęłam iść dość szybkim krokiem w kierunku mojego domu, bo nie miałam wiele czasu do spotkania. Wspomniany wcześniej Wf, nie wypadł pomyślnie, ponieważ mądry Malik rzucił do mnie piłkę koszykową - czego nie zauważyłam - i dostałam nią w głowę. Najpierw, musiałam oczywiście wszystkich - głównie Jego - przestraszyć, więc upadłam i długo nie wstawałam. Biedny Zayn od razu do mnie podbiegł i zaczął mną trząść. Nieźle się przestraszył, ale o to chodziło. Kiedy już okazałam litość i otworzyłam oczy, zaczął mnie przytulać, dziękując Bogu, że żyję. Z kim ja chodzę do szkoły? Pan Rimond oczywiście kazał mi iść do pielęgniarki. Potowarzyszyła mi April, która chciała uniknąć dalszych ćwiczeń. Spokojnie, nic mi się nie stało. Trochę się potłukłam upadając, ale to nic.
Jednak jeszcze gorszy od Wf-u, okazał się angielski, na który byłam zmuszona chodzić z najbardziej wkurzającymi osobami, czyli Eleanor, Harry'm i Stellą.
Nasza kochana Barbie od razu usiadła obok swojego chłopaczka, a El przysiadła się do mnie. Nie, nie byłam z tego zadowolona... Brunetka całą lekcję nawijała o sobie, Louis'ie, zakupach i modzie. Co prawda ja Jej w OGÓLE nie słuchałam, ale to taki tam szczególik.
W końcu doszłam do celu. Za pomocą klucza otworzyłam drzwi i weszłam do środka. Rodziców nie było, co mnie specjalnie nie zdziwiło. Pobiegłam na górę, zahaczając wcześniej o kuchnię, z której wzięłam jabłko. Rzuciłam torbę na łóżko i poszłam się przebrać. Zdecydowałam się na czerwone rurki, białą bluzkę z długim rękawem w małe, czarne kółeczka, brązową, zwykłą torbę, kilka bransoletek i czarne conversy za kostkę.
Na lodówce zostawiłam wiadomość gdzie jestem, na wypadek gdyby rodzice, jakimś cudem, wrócili wcześniej albo mi, co jest bardziej prawdopodobne, przedłużyło się spotkanie. Założyłam jeszcze moją brązową kurtkę i wyszłam z mieszkania, zamykając je.

______________________________________________

Siema, ziomki :*
Trochę długi wyszedł, wiem... xd
Miejscami może być trochę nudnawe, ale chciałam krótko opowiedzieć chociaż 1 dzień szkolny z perspektywy Maggie, tym bardziej, że jakoś  musiałam ją zapoznać z elitą. Miałam jeszcze jeden pomysł jak to zrobić, ale uznałam, że ten jest lepszy.
Mam nadzieję, że się podoba i liczę na komentarze ;)

3.02.2013

Rozdział 1

Z perspektywy April

- Chodź, bo się spóźnimy! - od pół godziny próbuję dotrzeć do mojego brata. Na godzinę, przed naszym wyjściem, On musiał się akurat zacząć kąpać. Nasi przyjaciele, tym razem, to nas chyba uduszą. Już po raz 5 spóźnimy się na spotkanie. Ale może od początku. Ja, mój brat, Harry, Louis, Eleanor, Zayn, Liam i Stella przyjaźnimy się prawie od zawsze. Gdy tylko spotkaliśmy się w pierwszej klasie, od razu przypadliśmy sobie do gustu. Teraz jesteśmy już na ostatnim roku nauki w Greenshaw High School.
- No już idę, idę. Nie gorączkuj się tak. - powiedział Niall schodząc schodami. - Nic się nie stanie jak się trochę spóźnimy.
- Dobra, nie ważne. Po prostu chodźmy już. - stanęłam przy drzwiach wejściowych i czekałam, aż Horan założy buty.
Po pięciu minutach, jechaliśmy już windą w dół budynku. Mieszkamy w jednym z wieżowców na Queen Victoria Street. Chwilę później, szliśmy już zatłoczoną ulicą na miejsce spotkania, którym był oczywiście Starbucks.
Weszliśmy przez szklane wejście, a ja zaczęłam szukać wzrokiem przyjaciół. Zobaczyłam, że siedzą przy jednym z wielkich okien. Podeszliśmy do Nich, a ja zaczęłam tłumaczyć nasze ponad trzydziesto minutowe spóźnienie.
- Okej, już się przyzwyczailiśmy. - odrzekł z uśmiechem Liam. - Siadajcie. - po czym wszyscy posunęli się, robiąc nam miejsce na skórzanych sofach.
Lokal utrzymany był w brązowych, beżowych i gdzie niegdzie żółtych kolorach. Przy stolikach z ciemnego drewna, stały albo czerwone fotele wraz z brązowymi pufami, albo tak jak w przypadku stolików osadzonych przy scianie lub oknach, kanapy w odcieniu kości słoniowej. Na jasnych ścianach budynku, powieszone były zdjęcia, przedstawiające różne rodzaje kaw lub jakiś deserów. Od samego patrzenia, cieknie ślinka.
- Będziemy mieli jakiegoś nowego ucznia w szkole. - przerwała ciszę Stel.
- Serio? - w głosie Elki możne było dosłyszeć nutkę rozbawienia. - Kogo takiego?
- Nie wiem dokładnie. W piątek podsłuchałam rozmowę dyrektorki z jakąś nauczycielką, której mówiła, że od poniedziałku będą mieli nowego studenta. tak czy siak, raczej nie będzie mu tu dobrze. - cwanie się uśmiechnęła.
- Niby czemu? - oburzył się mój brat.
- Przecież my nie lubimy nowych. Nie są jak my. - odpowiedziała mu Eleanor.
Niall tylko prychnął pod nosem. W tym momencie podeszła do nas wysoka blond włosa kelnerka. Zebrała nasze zamówienia i tanecznym krokiem udała się za ladę w celu przygotowania napojów, które zamówiliśmy.
Rozmawialiśmy, jak zwykle, na przeróżne tematy. Nie zaprakło w nich również nowinek ze szkolnego życia. Elka i Stella wiedzą wszystko o tym budynku, jak i o ludziach, którzy w nim się kształcą. Znają prawie każdą tajemnicę i plotkę. Teraz znowu dzielą się nimi z nami. A to, że pani od matematyki kupiła sobie buty jak ze średniowiecza, ich zdaniem oczywiście, to, że jakaś tam uczennica założyła śmieszną sukienkę lub po prostu gdy ktoś zaliczył wpadkę na korytarzu. Tak, One są bezlitosne. Ale cóż poradzić? Jesteśmy elitą, więc musimy dawać jakiś przykład. Inni wprost Nas uwielbiają, nawet wtedy, kiedy ich ciśniemy. To my wyznaczamy nowe trendy. Właściwie to najbardziej się do tego przyczyniają Calder i Jonson, ale pomińmy to.
- A no właśnie. - zaczął Harry. - Mamy wam coś do powiedzenia. - spojrzał na Stellę, a ja już wiedziałam co się kroi.
- Jesteśmy razem. - prawie pisnęła blondwłosa. Tak właściwie, to wszyscy wiedzieliśmy, że to kiedyś nadejdzie. Harry'emu podobała się Stel, a dziewczynę też coś do Niego ciągnęło. Pytanie tylko, czy w dobrym sensie. Ja osobiście uważam, że to tak zwana gra interesów, ale to już Ich sprawa. Wszyscy po kolei zaczęli Im gratulować. Niecałe pięć minut po tym wyznaniu, dostaliśmy nasze zamówienia. Zanurzyłam usta w moim Frappuccino, po czym zaczęłam przyglądać się ludziom za oknem. Nie wiem czemu Oni się tak spieszą. Jest przecież niedziela. Powinni siedzieć w domach z rodzinami, oglądać śmieszne programy w telewizji lub grać w jakieś gry. Ale to jest niestety ten wiecznie zapracowany Londyn, gdzie niektórzy ludzie nie widzą świata poza pracą i pieniędzmi. Ja z moim bratem wiemy to najlepiej. Nasi rodzice wstają skoro świt, a wracają gdy już śpimy. Nie raz w ogóle nie wracają na noc, ale takie mają zawody. Przez to często wyjeżdżają nawet na kilka miesięcy. Czasem myślę, że gdybym była jedynaczką, to nie poradziłabym sobie.
- O czym tak myślisz? - z transu wyrwał mnie głos Tomlinson'a.
- O życiu. - uśmiechnęłam się lekko patrząc w Jego niebieskie oczy. - Cieszę się, że was mam.
Chłopak odwzajemnił uśmiech i zmierzwił mi włosy, na co się cicho zaśmiałam.
Gdy wszyscy wypili już swoje kawy lub inne napoje, postanowiliśmy, że pójdziemy do jakieś galerii, żeby miło spędzić ostatni dzień weekendu.
Szliśmy korytarzami ogromnego budynku, który mieścił w sobie ponad sto sklepów. Dziewczyny od razu rzuciły się na sklepy z butami, ciuchami, biżuterią czy innego rodzaju dodatkami. Nie minęło dziesięć minut, a ja już widziałam jak Stella, wraz z Harry'm stoją przy kasie. Ekspedientka pakowała właśnie parę nowych, zamszowych, granatowych szpilek od Asos'a. I kto za nie płaci? Oczywiście Styles. Hazza, jak prawie każdy z nas, ma bardzo dobrą, żeby nie powiedzieć zajebistą, sytuację finansową. Ale co się dziwić? Ojciec - sławny i ceniony reżyser. Matka - znana na całym świecie architektka.
Ja wolnym krokiem udałam się do sklepu muzycznego. W połowie drogi ktoś szarpnął mnie za ramię. Szybko się odwróciłam, gotowa sprzedać temu komuś solidnego kopniaka, jednak tym kimś okazał się Zayn, który tego dnia, ubrany był w ciemne, dżinsowe rurki, biały, zwykły T-shirt, jasno dzinsową kurtkę z podwiniętymi rękawami oraz białe air max'y.
- Chcesz, żebym na zawał zaszła?! - zapytałam chyba trochę za głośno, bo parę osób utkwiło we mnie wzrok.
- Oczywiście, że nie. - uśmiechnął się. - Gdzie idziesz?
- Do sklepu muzycznego.
- Mogę z tobą? - spytał.
Kiwnęłam głową na znak zgody i ramię w ramię udaliśmy się do wejścia. Od razu podeszłam do półki z płytami różnych artystów. Wiedziałam co chcę kupić. Wzrokiem zaczęłam szukać dobrze mi znaną okładkę albumu mojego ulubionego zespołu. W końcu znalazłam to, czego szukałam. Ręką wzięłam plastikową oprawkę, na której było napisane : Linkin Park. "Living Things". Jedna z nowszych płyt tego amerykańskiego zespołu. Ogólnie to gustuję bardziej w muzyce pop'owej lub R&B, ale sposób, w jaki ten band wykonuje Rock'a bardzo mi się spodobał.
- A ty co? Zaczynasz być niegrzeczną dziewczynką? - usłyszałam znany, charakterystyczny i żartobliwy ton głosu, który musiał należeć do Mulata.
- Może. - odpowiedziałam wywołując jeszcze większy uśmiech na twarzy towarzysza. Podeszłam do lady i zapłaciłam za towar, który powędrował do mojej brązowej torebki z H&M'u. Co do ubioru, to miałam na sobie dzisiaj czarne, obcisłe rurki, luźną bluzkę z motywem flagi Wielkiej Brytanii, czerwone, krótkie conversy i czarną kurtkę. Mimo, że mamy marzec, więc w Londynie w ogóle nie ma już śniegu, to nadal pogody nie są za fajne, ale takie są uroki tego miasta. Deszcz, deszcz i jeszcze raz deszcz. Dzisiaj i tak mieliśmy farta, bo nie padało, ale patrząc w ciemne i zachmurzone niebo, można było stwierdzić, że niedługo zacznie.
Wróciliśmy do reszty przyjaciół. Tak jak przypuszczałam nasze dwie księżniczki stały obkupione najróżniejszymi rzeczami. Torby, rzecz jasna, taszczyli Ich chłopcy, czyli Harry i Louis. Nie wspominałam, że Calder i Lou chodzą? Mój błąd. Są parą już od trzech lat. Zauważyłam, że mój brat ma zakupione nowe słuchawki, a Liam stoi z kolejną kawą. Jak On zasypia?
Po skończonych zakupach, każdy z Nas udał się do swojego domu. Ja z Horan'em podążyliśmy w stronę Queen Victoria Street na której stał nasz wieżowiec, liczący prawie 71 pięter. My mieszkaliśmy na 57. Wyszliśmy do windy, a ja nacisnęłam odpowiedni guzik. Po kilku sekundach staliśmy już przed drzwiami do naszego mieszkania. Niall przekręcił klucz w drzwiach i otworzył je. Weszliśmy do środka i pierwsze co rzuciło mi się w oczy to pustka. Kompletna pustka i cisza, która mówi, że jesteśmy sami. Zresztą, jak prawie codziennie. Poszłam do kuchni, w celu napicia się soku. Na blacie znalazłam małą karteczkę, która wywołała grymas na mojej twarzy.

"Kochani April i Niall'u. Bardzo Was przepraszamy, ale musimy wyjechać na co najmniej 3 tygodnie. Bardzo nam przykro, ale tata ma interesy w Los Angeles, a ja muszę jechać z moją klientką do Nowego Yorku.
Powodzenia w szkole i spróbujcie się nie pakować w kłopoty oraz nie roznieście domu w powietrze ;)
Kochamy Was! ~ Rodzice"

 

- Rodziców nie będzie przez około trzy tygodnie! Mamy się nie pakować w tarapaty i nie rozwalić domu! - krzyknęłam do Niallera.
- Okej! - odpowiedział, przyzwyczajony już do tego typu sytuacji.
Tak jak planowałam wcześniej, nalałam do szklanki, pomarańczowy napój i ruszyłam w stronę salonu, gdzie mój brat oglądał telewizję. Usiadłam na kremowej skórzanej kanapie i zaczęłam oglądać teleturniej, który włączył Horanek. Kiedy program zaczął mnie nudzić, rozejrzałam się po pokoju. Ściany były utrzymane w jasnych barwach z mocnymi, ciemnymi akcentami. Na środku stał szklany stolik z jasno brązowymi nóżkami, a na nim porozrzucane były jakieś czasopisma. Przed stolikiem znajdował się wypoczynek, w którego skład wchodziła duża sofa, na której aktualnie siedziałam, a z oby dwu jej stron stały fotele tego samego koloru. Na przeciwko wisiał 50 - calowy telewizor. Z lewej strony, od kanapy, przy ścianie, stały obok siebie dwie, wykonane z ciemnego drewna komody z szufladami. Na nich stały nasze rodzinne zdjęcia i pamiątki z wakacji lub podróży rodziców. Nad nimi wisiała czarna półka z ulubionymi książkami mamy. Za wypoczynkiem, w jednym z rogów pokoju, można było dostrzec czerwony, wygodny fotel, nad którym znajdowała się srebrna, stojąca lampa, a obok stał wiklinowy, mały stoliczek z kilkoma magazynami i dwiema książkami. Był to taki mały kącik czytania, w którym najczęściej przesiadywała nasza rodzicielka, otulona kocem z kubkiem ciepłej herbaty w ręku i czytała te swoje kryminały lub romanse. Siedziała tam wieczorami, kiedy nie chciała lub nie mogła spać. To ją odprężało.
Poczułam się już lekko senna, więc wstałam, powiedziałam ciche "dobranoc" do Niall'a i ruszyłam schodami do mojego pokoju. Weszłam przez próg i pierwsze co zrobiłam to poszłam do łazienki, wcześniej zabierając swoją piżamę. Wzięłam szybki, ale za to jak relaksujący prysznic. Wyszłam owinięta miękkim, białym ręcznikiem i zaczęłam wycierać swoje ciało. Potem założyłam mój strój do spania i wskoczyłam do ciepłego łóżeczka i zaczęłam rozmyślać o jutrzejszym dniu. Ciekawe kim okaże się ten nowy uczeń. Pryszczatym kujonem z wielkim IQ? Kolejną tapeciarą, która będzie się ślinić do naszych sportowców? A może będzie po prostu normalną dziewczyną czy chłopakiem. Cóż, dla Eleanor i Stelli to nie będzie żadna różnica. I tak zrobią temu komuś piekło w szkole, bo takie już są. Zmęczona rozmyśleniami, obróciłam się na drugi bok i zasnęłam.



No hej :)
Jak tam, podoba się xd Za wszystkie błędy przepraszam i... proszę o komentarze? Na serio, dla Was to tylko chwila, a dla mnie motywacja do pisania. Już nawet krytyka, np. "To jest beznadziejne" jest lepsze niż brak jakiejkolwiek uwagi od Was. Lottie♥

2.02.2013

Prolog

Z perspektywy Margaret

- Że co proszę?! - krzyczałam na rodziców.
- Kochanie, uspokój się. Wiem, że to dla ciebie trudne, ale tak z ojcem postanowiliśmy i tak będzie. Nie zmienisz tego. Przeprowadzamy się do Londynu i koniec tematu. - moja mama jak zwykle mnie nie rozumiała. Bo oczywiście najważniejsza jest praca. Przecież można mieć w dupie uczucia własnej córki. W złości odwróciłam się i pobiegłam do swojego pokoju. Słyszałam za sobą krzyki mojej rodzicielki, ale nic sobie z tego nie robiłam. Czy gdy wszystko zaczęła się układać w tym moim popierdolonym życiu, Oni mi muszą wykręcać taki numer? I co, teraz mam zostawić moje słoneczne i piękne Miami dla jakiegoś wiecznie zachmurzonego Londynu? Gdybyśmy się przeprowadzali do innego miasta to może bym to zrozumiała, ale nie. My się przecież musimy wynieść aż na inny kontynent, bo: po pierwsze - praca rodziców. Czyli w skrócie mama dostała zlecenie na jakąś kolejną sesje, a tata ma tam swoje interesy. A po drugie - znudziła im się już Floryda i tak sobie wymyślili, że dla odmiany pomieszkamy trochę w Anglii. Już się boję co będzie następne. Chiny? Australia? A może Afryka, co? Tylko czy Oni do cholery nie rozumieją, że ja mam tu przyjaciół, chłopaka, plażę, ocean... Dla Nich to po prostu zmiana zamieszkania, a dla mnie nowe miasto, nowi ludzie, nowa szkoła. Ogólnie wszystko nowe.
Wybiegłam z domu, chcąc natychmiast powiadomić Adama - mojego chłopaka. Po dwudziestu minutach pędem, potykając się o własne nogi, wbiegłam do hali, gdzie trenuje rugby ze swoją drużyną. Czekałam przy wyjściu od szatni zawodników. Po piętnastu minutach w drzwiach stanął Adam. Gdy mnie zauważył od razu do mnie podszedł.
- Hej słońce. Co tu robisz ? - zapytał całując mnie w policzek.
- Musimy porozmawiać. - odpowiedziałam szybko. - Teraz.
- Ej, coś się stało, bo zaczyna się robić groźnie. - zażartował, ale mi wcale nie było do śmiechu. Pociągnęłam go za rękę parę metrów od szatni.
- Więc?
- Wyjeżdżam. - powiedziałam beznamiętnie nie okazując żadnych emocji. Nie chciałam płakać. Nie chciałam aby myślał, że jestem aż tak słaba, choć prawda taka właśnie była.
- Skoro tak, to na razie. - odrzekł kierując się w stronę wyjścia z budynku. Nie wiedziałam co powiedzieć. Nawet nie przypuszczałam, że On mógłby się tak zachować. Przez te pół tora roku byliśmy najszczęśliwszą parą. Każdy nam zazdrościł. A teraz?
- I co? Tylko tyle mi powiesz?! - krzyczałam z, niestety, załzawionymi już oczami.Nie mogłam tego powstrzymać. A może nie chciałam?
- A co mam ci jeszcze powiedzieć? - spytał podchodząc do mnie. - Wiesz, że nie interesują mnie związki na odległość. Byliśmy razem. Było fajnie, a teraz bajka skończona.
- To ja cię kochałam, właściwie to nadal kocham, a ty mi wyjeżdżasz z tekstem, że dla ciebie to nic nie znaczyło?!
- Kotku, nie ty jedna mnie kochasz. - puścił mi oczko i wszedł z powrotem do szatni. Bezczelność. Czym prędzej wybiegłam z hali, chcąc jak najszybciej znaleźć się w domu. Biegłam tak szybko jak tylko potrafiłam i już po chwili stałam zdyszana na progu. Weszłam po cichu, co było niepotrzebne, bo po głębszym zanurzeniu się w mieszkaniu stwierdziłam, że nikogo nie ma. Zrezygnowana opadłam na kanapę i włączyłam telewizor. Oczywiście na moje szczęście nic ciekawego nie leciało, a gdy już myślałam, że znalazłam ciekawy film, okazał się być on dennym dramatem opowiadającym o nieszczęśliwej miłości. W sumie, to o mnie też można by nakręcić niezłą ekranizację. Zagubiona nastolatka z problemami wyjeżdża z rodzinnego miasta, zostawiając przyjaciół i chłopaka, który okazał się tylko bawić jej uczuciami. Czy w nowym miejscu coś albo ktoś odmieni jej życie? Taaak... Z pewnością tak by wyglądał zarys fabuły tego filmu. No, należało by jeszcze dodać sceny ze szpitala psychiatrycznego. Nie wspominałam? Na serio? Jak mogłam pominąć fakt, że spędziłam prawie rok w takiej placówce. Powód? Pocięłam się. Wiem co sobie teraz pomyślicie. Głupia dziewczyna, która nie rozumie co mogła sobie tym zrobić. Ale jakoś nikogo - może z wyjątkiem tamtejszych psychologów - nie interesowało dlaczego to zrobiłam. Przyczyn było wiele. Moja - wtedy - najlepsza przyjaciółka okazała się być zwykłą szmatą, lecącą tylko na moją kasę. Ponad to, dowiedziałam się, że mój - aktualny wtedy - chłopak zdradzał mnie, ruchając się z Nią po kątach. Dodać do tego jeszcze, że moja babcia - jedyna osoba jaka mnie na prawdę rozumiała, odeszła... Jak miałam sobie z tym poradzić? To było dla mnie najlepsze wyjście. Wiem, że popełniłam błąd, ale człowiek będąc w takim stanie nie panuje nad niektórymi zamiarami i i nie potrafi racjonalnie myśleć. Zrobiłam to zbyt pochopnie.
Od trzech miesięcy, nawet ani razu nie widziałam żyletki, ale teraz czułam nie miłosierną ochotę sięgnięcia po nią. Jednak wiem, że to i tak nic nie da, a ulży mi jedynie na chwilę. Zmęczona własnymi przemyśleniami, zasnęłam.
Poczułam jak ktoś szarpie moje ramię. Leniwie otworzyłam oczy, ale oślepiona światłem lampy, ponownie je zamknęłam.
- Margaret! Margaret, wstawaj natychmiast. - krzyczał ktoś. Po głosie poznałam, że to mój ojciec.
- No już, już... - mruknęłam zrzucając z siebie koc. Swoją drogą jak on się na mnie znalazł? Pewnie instynkt rodzicielski obudził się w moim tacie. - O co chodzi? - zapytałam wchodząc do jego gabinetu.
- Zmienili nam lot. Zamiast wylatywać a dwa dni, wylatujemy dzisiaj w nocy. - powiadomił mnie pakując w pudła stosy swoich dokumentów. - Idź spakuj najpotrzebniejsze rzeczy. Resztę dowiezie nam jutro po południu firma przeprowadzkowa.

Nic nie mówiąc poszłam do pokoju. Wyciągnęłam spod łóżka dużą, czerwoną walizkę i zaczęłam do niej wrzucać ciuchy. Po spakowaniu niektórych par spodni, szortów, bluzek i kosmetyków, była już pełna. Wyciągnęłam więc jeszcze jedną z szafy. Ta była niebiesko - szara. Dopakowałam do niej swetry, marynarki, buty, bieliznę, koszule itp. Co prawda musiałam trochę po niej poskakać, ale to i tak sukces, że się zapięła. Do kartonów i pudeł zaczęłam pakować albumy, książki, zdjęcia, kuferki z biżuterią i inne duperele żeby oszczędzić firmie pakowanie moich rzeczy. W sumie to nawet nie mam pojęcia jak Oni przetransportują to do naszego nowego domu. Do jeszcze dwóch walizek dopakowałam resztę ciuchów, bo przecież miałam zabrać kilka rzeczy. Na koniec, do torby podręcznej schowałam chusteczki, MP3, słuchawki i na wszelki wypadek paszport z legitymacją. Wkładając telefon, spojrzałam na godzinę, co okazało się być złym pomysłem, ponieważ na tapecie było moje i Adi'ego zdjęcie. Po policzku spłynęła mi jedna łza, którą szybko otarłam wierzchem dłoni, mówiąc - "To już przeszłość". Od razu zmieniłam tapetę na jakiegoś słodkiego kotka, a wszystkie zdjęcia moje i Levis'a, usunęłam.
Dokończyłam pakowanie i zeszłam do kuchni, w której zastałam rozmawiających rodziców.
- O której mamy lot? - zapytałam, nalewając sobie sok do szklanki.
- O 23:30. - odpowiedział tata. - Spakowana?
Potwierdzająco kiwnęłam głową, a mężczyzna ruszył w stronę schodów. Po pięciu minutach, schodził już z moimi dwoma walizkami.
- Mówiąc zabierz najpotrzebniejsze rzeczy, miałem na myśli pastę, szczoteczkę, góra dwie pary bluzek, spodnie, buty i bluzę, a nie pół pokoju - oznajmił na co ja się zaśmiałam. Po wypiciu napoju, poszłam do pokoju przebrać się w przygotowane wcześniej ciuchy, którymi były : standardowe, czarne legginsy, szary, futrzany sweter przez głowę, a do tego bordowe emu. Rzuciłam ostatnie spojrzenie na moje królestwo. Tyle  wspomnień. I tych dobrych i tych złych. Mam cichą nadzieję, że kiedyś tu wrócimy.
O 22:40 wyjechaliśmy spod naszego domu. Trudno mi się z nim rozstać, ale jeszcze trudniej jest mi się rozstać z przyjaciółmi. Żegnając się z Nimi, nie szczędziłam łez. Zresztą, Oni także. Obiecaliśmy sobie, że będziemy dzwonić, pisać lub rozmawiać przez Skypa. Nie zastąpi to nam prawdziwego spotkania, ale lepsze to niż nic.
Dojechaliśmy w 20 minut. Wszystkie sprawy były już załatwione, więc szybko weszliśmy na pokład samolotu. Od razu po spoczęciu na fotelu, wyjęłam słuchawki wraz z odtwarzaczem i włożyłam je sobie do uszu. Od tej chwili nic mnie nie interesowało. Patrząc w okno i podziwiając widoki, całkowicie oddałam się muzyce.


 




Witam :D
Od razu powiem, że NIENAWIDZĘ pisać prologów, ale jakieś wprowadzenie musi być :P Notka jest krótka, ale w końcu to prolog, nie? Mam nadzieję, że się podoba. Jeżeli tak to komentujcie, żebym wiedziała czy jest sens kontynuowania tego ;) Do następnego